strona główna - archiwum wszystkich wpisów
9 czerwca 2009,
All aboard!
Parlament Europejski - wybory - PO - PiS - SLD - PSL - kampania
Eurowybory za nami. Czy odetchniemy wreszcie od politycznej „wojny na górze”? Biorąc pod uwagę polską specyfikę, w której kampania wyborcza trwa 365 dni w roku (no dobra, sorry! Powiedzmy, że 360, bo trzeba odliczyć ciszę wyborczą i parę świąt), to pewnie nie. Jest za to pewne, że odpoczniemy na czas dłuższy od takich panów, jak Kurski, Ziobro czy Nitras. Bo właśnie wsiadają na pokład i jadą do Parlamentu Europejskiego – a wątpię, by mieli tam odwagę odstawiać takie numery, jakie zdarzały im się w Polsce.
O tym, że niektóre partie (PiS w szczególności) postawiły raczej na kandydatów znanych, a niekoniecznie kompetentnych, pisałem już jakiś czas temu. Dziś nawet Jarosław Kaczyński jakby się trochę zreflektował i pogroził palcem, że Ziobro ma się przynajmniej nauczyć języków obcych, bo jak nie, to... Ale to generalnie jedna z wad demokracji, że celem nadrzędnym staje się wygranie wyborów, a nie porządne sprawowanie władzy po ich wygraniu. Nie ma się więc co obrażać na partie, że sięgają niekiedy po ludzi, u których rzeczywiste kompetencje nie zawsze idą w parze z popularnością. Szkoda tylko, że tendencja ta przeniosła się również na eurowybory, w których celem nie jest uzyskanie żadnej władzy, tylko wystawienie jak najlepszej reprezentacji na forum Unii Europejskiej.
Przy okazji widać wyraźnie, jak bezsensownym rozwiązaniem jest system proporcjonalny, który obowiązywał w Polsce również w tych wyborach. W efekcie nie brakowało kandydatów wystawianych tylko po to, by „wzmocnić listę” partii w danym okręgu. Taki na przykład Jerzy Stępień, wiceprezydent Poznania, lista PO, pozycja nr 10. Z góry wiadomo, że bez szans na mandat, ale trochę głosów dzięki niemu wpadnie, listę wzmocni, dzięki czemu może ktoś inny z PO wejdzie do europarlamentu. Podobną rolę miał pełnić Tadeusz Cymański w Gdańsku – trzeba było widzieć jego minę, gdy dowiedział się, że wbrew przewidywaniom zdobył mandat. Sytuacja, w której kandydat startuje w wyborach, chociaż nie chce wygrać, jest według mnie co najmniej dziwna. System większościowy i jednomandatowe okręgi wyborcze pozbawiłyby nas tego zjawiska. Przy okazji – ten właśnie poseł Cymański, dzięki „zaletom” systemu proporcjonalnego, w wyścigu po mandat wyprzedził Longina Pastusiaka z SLD, mimo że zdobył mniej głosów od niego!
Jeszcze innym zjawiskiem byli kandydaci-spadochroniarze (lub „przywiezieni w teczce”, jak kto woli), zsyłani przez partyjne szczyty do poszczególnych miast, nawet jeśli nie mieli z nimi nic wspólnego. Było o tym głośno szczególnie na samym początku kampanii, gdy Wojciech Mojzesowicz protestował przeciwko przyznaniu „1” w Kujawsko-Pomorskiem Ryszardowi Czarneckiemu. I znów – wystarczyłyby jednomandatowe okręgi wyborcze, system większościowy i nikt nie wpadłby na podobne pomysły. Czy to naprawdę takie trudne?
To tyle a propos ordynacji wyborczej, teraz trochę o samej kampanii. Wszędzie słychać, że była niemerytoryczna. I trzeba tu uczciwie przytaknąć: rzeczywiście taka była. Posunę się jeszcze dalej: chyba nawet w wyborach parlamentarnych 2007 partie były bardziej nastawione na zaprezentowanie własnego programu, a mniej na niszczenie politycznego przeciwnika. A tym razem mieliśmy do czynienia niemal wyłącznie z kampanią negatywną. „Zagłosujcie na nas, bo oni są be” – taki wydźwięk miały słynne już spoty telewizyjne, konferencje prasowe, tematy wyciągane w trakcie kampanii... Podobno debaty między kandydatami były merytoryczne. Tyle że nikt ich nie transmitował, prawie nikt ich nie widział. Prasa opisała co niektóre, dobre i to. Tyle że cała reszta, to kopanie przeciwnika.
Może partiom zabrakło pomysłu, jak w prosty sposób przekazać Polakom, co chcą zrobić w Parlamencie Europejskim? W istocie nie było to łatwe zadanie, skoro spora część rodaków o PE wie mało lub bardzo mało. Zdecydowanie łatwiej zakwestionować polskość Platformy Obywatelskiej albo naigrywać się ze stoczniowców, niż wytłumaczyć: dzięki naszej pracy w europarlamencie postaramy się, aby to, to i to było lepsze. Część odpowiedzialności za taki stan rzeczy ponoszą też – co tu ukrywać? – media. Telewizje i gazety chętniej pokażą Wałęsę na kongresie Libertasu, niż wspomniane debaty „jedynek” z poszczególnych list. A jeśli już zdecydowano się coś powiedzieć/napisać o tych debatach – to raczej o tych, które się nie odbyły, i szukać sensacji: dlaczego się nie odbyły?
Co gorsza, w kampanii dominowały sprawy typowo polskie. Ktoś zwrócił uwagę, że nawet hasła wyborcze na billboardach i plakatach są jakieś takie mało europejskie. Jeśli w programach telewizyjnych kandydaci mówili coś o sprawach, jakimi chcą się zająć w PE, to zwykle mówili to na samym końcu i nieco „na odczepnego”. A gdy TVN postanowił w dość luźny sposób sprawdzić, jak kandydaci znają języki obce, wielu z nich wzięło to niezwykle serio i potraktowali całą akcję jako zamach na swój PR, na swoją reputację.
Niezwykle nieszczere były też wszelkie gratulacje i frazesy po ogłoszeniu wyników, gdy wszyscy się cieszyli i wszyscy gratulowali wszystkim. Bo pewnie ktoś im wyliczył, że tak lepiej wypadną w oczach wyborców. Jedynie poseł Niesiołowski się wyłamał i jak zwykle pierwsze co zaczął robić, to naigrywać się z polityków PiS-u i ich wyniku. Za to Michał Kamiński przegiął w drugą stronę i choć przegrał z Danutą Hübner, to aż promieniał ze szczęścia, był uprzejmy jak nigdy dotąd i wręcz chciało się dorysować mu aureolę nad głową. Zakład, że za 2-3 dni znów wszyscy oni będą na siebie naskakiwać jak w kampanii? Oby tylko nie w Parlamencie Europejskim, bo to już będzie wstyd kompletny.
Na koniec parę słów o tych, którzy do PE się nie dostali. Libertas był w zasadzie przegrany już na starcie, bo większości Polaków kojarzył się z odrzuceniem traktatu lizbońskiego oraz byłymi politykami skrajnej, kontrowersyjnej prawicy. Sztuczka z Wałęsą na niewiele się zdała. Centrolewica miała potencjał, ale okazała się najmniej medialną z partii. Nie miała nawet porządnej strony internetowej z informacjami o poszczególnych kandydatach. Rosati i spółka liczyli chyba, że wystarczy stać z boku i czekać, aż PO i PiS się pozagryzają. Nie wystarczyło.
Teraz – wszyscy na pokład, 50 europosłów rusza do Strasburga i Brukseli. Wybrała ich ta ćwiartka społeczeństwa, która mimo beznadziejnej i momentami chamskiej kampanii uznała, że warto na kogoś zagłosować. Oby teraz ci wybrańcy nie zawiedli oczekiwań. Będziemy trzymać kciuki. Nie tylko za Jerzego Buzka, ale też za całą resztę.
sewek - 9 czerwca 2009 - 858 odsłon
Nie ma jeszcze komentarzy do tego wpisu.
